Teza, którą chcę uzasadnić brzmi: nauka KK o wolnej woli, czyli zdolności każdego człowieka do podejmowania samodzielnych decyzji w życiu, o prawie do decydowania o sobie – jest w istocie fikcją. Dlaczego?
Po pierwsze, wbrew temu, co głosi od wieków KK, wolna wola nie jest czymś oczywistym i prostym, czymś danym wszystkim z góry. Filozofie materialistyczne podkreślają, że człowiek nie ma absolutnej wolności: wpływa na niego wiele czynników, takich jak wpływ innych ludzi, warunków życia, warunków środowiskowych, wreszcie – sfera genów, instynktów czy hormonów. Gdyby człowiek miał wolną wolę w stopniu absolutnym, nie byłoby prawdopodobnie w ogóle ludzi uzależnionych od czegokolwiek, fakty są zaś takie, że pojawia się coraz więcej uzależnień i właściwie w praktyce uzależnić się można prawie od wszystkiego. Tak więc bez uwzględnienia kontekstów, które wymieniłem, nie da się rozmawiać o wolnej woli w sposób merytoryczny.


Po drugie, wiemy, że człowiek jest istotą rozwijającą się – dziecko raczej nie podejmuje decyzji, a jego wolna wola częściej oznacza różne zachcianki niż dojrzały wybór. Ten zakłada pełną świadomość oraz dobrowolność, czyli pozostawanie bez żadnych wewnętrznych i zewnętrznych przymusów podczas podejmowania decyzji, szczególnie tych kluczowych. Wiemy, jak na wiele sposób można łamać ludzką wolną wolę aż po całkowite ubezwłasnowolnienie na przykład ludzi niepoczytalnych przez sąd czy przez konieczne zamknięcie ich w więzieniu. Fakt, że najgorszą karą, jaką można zadać ludziom jest pozbawienie ich czasowo bądź dożywotnio wolności, wskazuje, że ludzie rzeczywiście masowo tęsknią do wolności, a nie, że są wszyscy w istocie wolni. Wiemy też, że niektórzy ludzie boją się wolności, bo musieliby wziąć pełną odpowiedzialność za swoje życie i decyzje, a tego nie są w stanie zrobić, wolą więc raczej się poddawać czyjejś woli i bardziej słuchać biernie rozkazów niż podejmować jakąkolwiek inicjatywę. Jednym z wielu ludzkich lęków jest strach przed otwartą przestrzenią, przed odpowiedzialnością i przed porażką. Jeśli wykonuję posłusznie czyjeś rozkazy, a one okażą się porażką, to nie ja odpowiadam, tylko na przykład nieudolny szef. Jeśli pracuję sam na siebie to sam też muszę odpowiadać za swoje słowa i czyny. Nie wszyscy są na to gotowi, bo tego szkoła ani rodzina ani KK nie uczą. W KK przykładowo nigdy nie usłyszysz, że “masz wolny wybór” choćby w życiu seksualnym czy choćby w tym, w co Ty sam chcesz wierzyć, a nie to, co ci podpowiada “tradycja”, KK czy religia odziedziczona po przodkach. Kościół lubi, gdy ludzie nie dorastają – lubi mieć “dziateczki”, które nigdy nie podejmą decyzji np. o porzuceniu wiary, wystąpieniu z KK czy innych węzłowych decyzji. Lepiej, żeby ludzie za dużo nie decydowali – mają słuchać i wierzyć tylko w to, co im KK “podaje do wierzenia”. To jest coś, co bywa zasłonięte maską rzekomego wolnego wyboru w dziedzinie wiary religijnej. To coś można nazwać “wolnościowym skandalem”.
Mówi się więc, że istnieje wolność “od” (np. nałogów, złych wpływów) i wolność “do” – do czynienia dobra, do pracy, do nauki, do zabawy. Mówiło się też nieraz, że “granice mojej wolności wytycza granica czyjejś wolności”. Prościej ujmując, “moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność Innego.” To wszystko prawda. Ale nie to stanowi sedno tych rozważań.

Tradycyjna nauka chrześcijańska twierdzi więc, że Bóg – absolutnie wolna Najwyższa Istota – podarował ludziom wolność. Mówiliśmy już, że absolutna wolność ludzka nie istnieje – jeśli jest przeciwnie, to dlaczego ludzie nie podejmą wolnej decyzji o zmianie na przykład nielubianej pracy albo zmianie nieudanego małżeństwa? Bo istnieje coś takiego, jak “ekonomiczny przymus” oraz “kościelny przymus pośredni”. Zajmiemy się tylko tym drugim.
KK twierdzi więc, że człowiek jest z natury wolną istotą, która może decydować o swoim życiu. Wiadomo jednak, że w istocie wybór ten jest ograniczony lub niewielki, jeśli chodzi na przykład o centralną w religiach monoteistycznych kwestię wiecznego zbawienia po śmierci. Katolik całe życie żyje między niebem a piekłem: ok, możesz trafić jeszcze do czyśćca, lecz trafienie tam oznacza de facto odroczone czasowo zbawienie. Jeśli chcesz mieć szczęśliwy los pośmiertny, nie masz wyboru – musisz wybrać drogę do miejsca, które nazywa się “niebem”, “rajem”, “polami elizejskimi” czy inaczej. Jeśli żyłeś źle i się nie nawróciłeś, trafisz do miejsca męki, które religie różnie nazywają – “szeol”, mitologiczny “Hades” czy chrześcijańskie “piekło”. Zarówno z nieba, jak i z piekła nie ma wyjścia – nie da się będąc zbawionym, nagle spaść na dno piekieł ani będąc skazanym na mękę, trafić do szczęśliwych wysp rajskich. Jeśli więc katolik chce być szczęśliwy, w sumie nie tylko wybór jest ograniczony, co raczej nie ma żadnego wyboru – albo życie z Bogiem, albo piekło. Kto więc na przykład czyniłby w życiu dobro i unikałby zła, musi chcąc nie chcąc zostać nagrodzony niebem, choćby nawet nie chciał – katolik po prostu nie może nie przyjąć nagrody za dobre życie, ani uniknąć kary za złe życie. Mając czyste konto moralne, skazuję się na wieczne szczęście, można rzec paradoksalnie, podobnie gdy uda mi się uniknąć kary za zło. Tak więc wybór między dwiema skrajnymi losami nie jest w pełni dobrowolnym wyborem; byłby, gdybym mógł na przykład powiedzieć, że nie przyjmuję dwuznacznej moralnie nagrody za dobro i nie chcę żyć w niebie, tylko stworzyć sobie własny rodzaj szczęścia. I podobnie, byłby to wybór pełny, jeśli mógłbym czynić dowolne zło, wiedząc, że uniknę kary. W gruncie rzeczy, jeśli czynię dobro z nadzieją na nagrodę, albo unikam zła z obawy przed karą – nie jestem wolny, lecz zależny od Innego, który ma nade mną władzę, przewagę czy wszechmoc. Tak naprawdę więc nie ja zadecyduję, gdzie się ostatecznie znajdę – zrobi to Inny, niekoniecznie od razu Bóg, może to być drugi człowiek, który mi nie przebaczy, istoty obce, ale stojące wyżej w rozwoju moralnym, itd.


Wybór w religii między dwiema opcjami nie jest więc autentyczny. Wiemy, że rzadko w życiu mamy do wyboru tylko dwie opcje – zazwyczaj jest ich więcej: mogę pójść więc nie tylko albo do kina albo do teatru, ale są jeszcze inne, równie ciekawe albo ciekawsze opcje. Gdybym miał do wyboru tylko kino, lub tylko teatr, mój wybór byłby tragiczny – albo cokolwiek bym wybrał okazałoby się złe, albo wybierając kino pozbawiłbym się przyjemności, jakie daje teatr, nie mówiąc już o innych ofertach, np. spędzenia czasu w dobrej operze czy w restauracji. KK nie daje więc żadnego wyboru – jeśli chcesz trafić w dobre miejsce, musisz czynić dobro i musisz unikać zła. Tertium non datur. Trzeciej opcji, np. raju ziemskiego, który opisywał w “Boskiej Komedii”, średniowiecznym eposie eschatologicznym sam wielki Dane – nie ma.
Oczywiście, taki ograniczony wybór z perspektywy KK ma sens – gdyby KK zaczął nauczać, że nie istnieje jedno niebo, tylko wieloświat różnych nieb, czy że nie ma jednego piekła, lecz jest wiele rodzajów kary, podważyłby swoje własne korzenie, wywodzące się z mitów biblijnych oraz tradycji, a poza tym wpadłby w relatywizm. Gdybym wiedział, że istnieje więcej niż jeden świat pośmiertny, miałbym wysoki wybór, a gdyby było ich nieskończenie wiele, pojawiłby się z kolei problem “nadwyboru”. Ten oznacza blokadę podejmowania decyzji na skutek istnienia zbyt wielu możliwości: na przykład w PRL uczeń nie miał praktycznie żadnego wyboru, musiał iść do szkoły a katolik miał “do wyboru” tylko katechezę i nie mógł wybrać nauki etyki. Gdy pojawiły się pierwsze alternatywy, np. reforma Wilczka pozwoliła na pierwsze prywatne inicjatywy gospodarcze, pojawił się wolny wybór – ktoś mógł zostać na etacie, a mógł – jeśli chciał – spróbować szczęścia we własnej firmie. Dziś na skutek istnienia bardzo wielu możliwych ścieżek życia edukacyjnego i zawodowego często mamy do czynienia z nadwyborem, który paraliżuje równie skutecznie, jak niegdyś brak wyboru. Optymalnym wyborem wydaje się więc wybór między trzema do siedmiu różnymi opcjami; wybór między dwiema jest wyborem niepełnym; dopiero trzeci element wprowadza pewien stopień wolności w podejmowaniu ważnych decyzji.
Dopóki więc KK nie wzbogaci dziedziny, która w teologii nazywa się eschatologią, czyli nauką o “rzeczach ostatecznych”, katolicy nie będą podejmować autonomicznych i wolnych decyzji – żaden z nich nie zaryzykuje na przykład seksu przedmałżeńskiego, choćby nie wiem, jakby był zakochany, póki będzie wisieć nad nim piekielny miecz. Podobnie, każdy katolik będzie tylko dlatego chciał na przykład zostać świętym, bo dobrze wie, że KK uznaje, że tylko święci są w pełni szczęśliwi, żyjąc w Bogu. Komu jednak taka perspektywa nie odpowiada, pozostaje tylko jedno – podjąć wybór odejścia od religii, co wedle KK automatycznie skazuje na wieczną mękę.

Mam nadzieję, że wywód ten choć w minimalnym stopniu uświadomi nam, że jeśli chodzi przynajmniej o sferę religijną i przynajmniej o współczesny katolicyzm, człowiek wierzący de facto wielkiego wyboru nie ma. Nadal KK myśli w kategoriach ostrych opozycji typu “albo-albo”, stosując klasyczną logikę dwuwartościową i wprowadzając czarno-białą wizję świata wartości moralnych. Ludzie są więc albo święci albo potępieni i nic pośrodku; albo jesteś idealny albo beznadziejny; albo jesteś z nami albo przeciwko nam. Zamiast subtelnych odcieni, półtonów i barw pośrednich mamy ubogą, pozbawioną zupełnie wyobraźni mało atrakcyjną wizję ostatecznych decyzji, które nigdy nie są zupełnie wolne. Lecz właśnie na tym KK buduje swoją potęgę, bo dobrze wie, że nikt nie spełni do końca wszystkich wymagań moralnych i że zawsze będzie potrzebował pomocy kapłanów. Oczywiście za symboliczne “co łaska”…